Często pytacie mnie, skąd wziął się projekt „Wiara czyni poród”.
Narodziła się wraz z moimi dziećmi. Zbierałam materiały do kursu przez co najmniej 10 lat. W tym czasie doświadczyłam trzech ciąż i trzech skrajnie różnych porodów. Wiem co to znaczy:
- Po kilkunastu godzinach skurczy i braku rozwarcia urodzić przez cesarskie cięcie.
- Przeżywać rozpacz i poczucie porażki.
- Mieć trudny poród za sobą, który zostawił po sobie traumę.
- Bać się porodu i bólu.
- Nie chcieć kolejnej cesarki.
- Mieć ogromne wątpliwości czy warto starać się o poród naturalny.
- Nie mieć wparcia.
- Rozeznawać z Panem Bogiem.
- Urodzić naturalnie po cesarce.
- Bać się o zdrowie swoje i swojego dziecka.
- Rozważać poród domowy.
- Urodzić w domu.
- Mieć transfer do szpitala.
Wiem co działa w pokonywaniu strachu, który doświadczyłam nie raz. Również wiem jak zapewnić sobie dobry poród, mimo tego, że jest on nieprzewidywalny. Dlatego dzielę się moją osobistą drogą – od lęku i niepewności do zaufania i oddania porodu Panu Bogu. Wierzę, że to On powołał mnie, abym pomagała kobietom pokonywać ich strach przed porodem.
Trzy porody, które były lekcją
Moje pierwsze trzy porody uczyły mnie pokory i odkrywania kobiecej natury. Każdy z nich był inny, ale każdy przybliżał mnie do zrozumienia, że poród może być również duchowym przeżyciem.
O tych trzech drogach opowiedziałam szczegółowo w rozmowie u Krzyśka Sowińskiego na kanale na YouTube SOWINSKY, którą możecie obejrzeć tutaj
📺W tym nagraniu poznasz początki mojej drogi.
Czwarty poród: Gdy twórca staje się uczniem własnego kursu
Moja czwarta ciąża od samego początku była dla mnie wyjątkowo trudna. Towarzyszyły mi mdłości, wymioty, zawroty głowy i ważne życiowe decyzje. Nowy członek rodziny był dla nas motywacją do zmiany miejsca zamieszkania. To był dla nas duży wysiłek pakowania, przeprowadzek i remontów.
Z zbiegiem czasu miałam coraz mniej sił. Dlatego ucieszyłam się, gdy w niedzielę obudziłam się ze skurczami. Zanim moi domownicy się obudzili, poszłam na Mszę, zakładając, że niedługo urodzę. Skurcze się rozkręcały, a ja spokojnie je wydychałam. Ku mojemu zdziwieniu po po 6 godzinach wyciszyły się.
Nigdy tak nie miałam!
W poprzednich 3 ciążach, jak skurcze się zaczynały to zaczynał się poród. To myślę sobie, że może w nocy wrócą, może następnego dnia. I nic. Przez kolejne kilka dni NIC. Miałam kolejne skurcze i dawały nadzieję, że to już, ale … wycichły. Nasłuchiwałam każdego ściśnięcia w brzuchu … i nic. Staram się być cierpliwa, przyjmować to co jest. Minął tydzień. Jestem później po terminie. Jeden dzień. Drugi. Kolejny. Minął kolejny tydzień.
Jadę do szpitala bez skurczy. Nigdy tak nie miałam…

Pragnęłam skurczy jak nigdy w życiu. Badania wskazały, że wszystko jest ok z dzieckiem. Lekarz sugerował, żeby już zostać. A za dwa dni indukcja. Postanowiłam nie zostawać na weekend w szpitalu skoro jest ok, a indukcja dopiero w poniedziałek. Przyjadę w poniedziałek. Liczyłam na to, że w międzyczasie pojawia się skurcze. Było czytanie:
„Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie umkną. Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej.”
Nie było skurczy. Musiałam przemielić w sobie to, że będę musiała PIERWSZY RAZ przejść indukcję. Tak bardzo chciałam urodzić swoimi siłami, aby wszystko samo się zaczęło. Tak jest przecież lepiej …
W poniedziałek przyjechałam do szpitala i … wycofałam się z indukcji. Dam sobie i córce ostatnią szansę. Jeszcze tylko jeden dzień. Może niedługo samo się zacznie? Jakiś skurcz był, może dwa. Już nie robię sobie nadziei. Czekam na rozwój wydarzeń. I znów nic się nie dzieje…
Następny dzień. Myślę sobie. To już DZIŚ.
Mimo wątpliwości już jestem pogodzona z tym, że popłynie sztuczna oxytocyna. Jestem pogodzona na wkłucie, którego tak nie chciałam. Leci kropelka po kropelce … I nic. Nic nie czuję. Żadnego skurczu. Tylko twardnienie brzucha, który tak często mam w tej ciąży, że już nie zwracam na niego uwagi. Może po godzinie się rozkręci. Minęło 6 godzin i … nic.
Leżę na sali porodowej. Leżę, bo nie czuję żadnego skurczu. Leżę, bo nie udało się. Leżenie dobrze odzwierciedla mój stan ducha.
Spojrzałam na napis „Czekamy na Wiktorię”, który układał mój mąż kilka godzin wcześniej. Śmiałam się wtedy, że położna daje mu puzzle, aby zajął się czymś, miał jakąś robotę i się nie nudził. Niedługo będę mieć odłączoną oxytocynę i wychodzimy. Mąż puścił mi na koniec piosenkę Dżemu. Gdy usłyszałam fragment: „O Victorio, moja Victorio! Dlaczego mam Cię tylko w snach?”
… Strzał prosto w serce … próbowałam powstrzymać łzy, ale rozpłakałam się na dobre. Kolejne niepowodzenie. Czy ja kiedykolwiek ją urodzę? Wydaje mi się to takie odległe, abstrakcyjne, nieosiągalne.
Na koniec zaproponowano mi amniotomię. Nie zgodziłam się na przebijanie pęcherza płodowego. To by oznaczało, że mam bardzo ograniczony czas, aby urodzić. Nie chciałam kolejnej presji. Już jedną miałam. Waga dziecka. Jestem niska, dzieci, które urodziłam naturalnie miały poniżej 3500 g.
Przy tym dziecku przewidywana waga 3600/3800 g. Balansuje między czekaniem, dalszym wzrostem dziecka, a przez to trudniejszym porodem/cesarką, a indukcja, na którą nie wiem jak zareaguje mój organizm, ale większą szansą, że urodzę naturalnie – ale na to też gwarancji nie mam. Brałam również pod uwagę moje blizny po wcześniejszych porodach.
Sięgnęłam do Afirmacji Porodowych w duchu chrześcijańskim, do medytacji chrześcijańskiej, które nagrałam 3 lata temu do kursu „Wiara czyni Poród”. Już wcześniej, w trudnych momentach, wracałam do tych materiałów. Pomagały mi wrócić do balansu. Dziwiłam się, że tak mi to pomaga! Boże, ale nie przypuszczałam, że kurs „Wiara czyni Poród” zrobiłam również dla samej siebie.
Tutaj możesz pobrać darmowe Afirmacje porodowe w duchu chrześcijańskim ![]()
WcP – Wiara Czyni Poród: Duchowe Przygotowanie do Narodzin z Wiarą
Następnego dnia rano przyszła położna, z którą się znałam. Bardzo się ucieszyłam na jej widok! Po badaniu lekarz wytłumaczył mi dlaczego przy indukcji jest konieczne przebicie wód. Wody płodowe tworzą taką barierę, przez to główka dziecka nie napiera i nie czuję skurczy. Spytałam Kasi (położnej) czy jak się nie uda to od razu musi być cesarka, bo bardzo, bardzo jej nie chcę. Poleciały mi łzy. Kasia spojrzała mi w oczy i nie bardzo pamiętam co powiedziała, ale dodało mi otuchy. Przytuliłam ją i poszłam się szykować na salę porodową.
Wróciłam do tej samej sali porodowej, w której byłam dzień wcześniej. Jej kwiecista tapeta, stojak na oxytycynę i kroplowkę, napis „Czekamy na” z pustym miejscem na imię, wszystko przypominało niepowodzenie.
Postanowiłam się tym nie przejąć.
Trafiła mi się Kasia, ciepła, profesjonalna położna z powołaniem. Teraz widzę, że to była dla mnie gwiazdka z Nieba. Zadbała o wszystko: nasmarowała mnie olejkiem, omówiła ze mną plan porodu krok po kroku, wyjaśniając co będzie możliwe, a co nie, puściła piosenki latino, które lubię. Powiedziała też co ma na myśli używając sformułowań związanych z II okresem porodu. Uważam, że to bardzo mądre, że omówiłyśmy to w momencie, kiedy byłam jeszcze rozmowna.
Tego dnia odwiedził mnie położny Przemek Więckowski i położna Julita Krzywonos. Te same osoby, które w kursie dzielą się swoją medyczną wiedzą o porodzie i laktacji. Kursantki bardzo chwalą ich wiedzę i sposób przekazu. Są jednymi z 8 specjalistów. Możesz o nich więcej się dowiedzieć tutaj
Kurs STANDARD – opis | Wiara czyni poród
Marzyłam o porodzie do wody i mówiłam o tym głośno. Jak już mam mieć indukcję porodu to chociaż na pocieszenie chciałabym urodzić w wodzie…dać dziecku łagodniejsze przyjście na świat. Oczywiście, jeśli nie będzie przeciwwskazań. Jednym z nich są zielone wody płodowe. Okazało się w trakcie przebijania wód, że są czyste. Bałam się tego zabiegu również dlatego, bo 10 lat temu odbywało się to agresywnie bez mojej wiedzy i zgody. Tym razem było inaczej. Jestem wdzięczna, że lekarz uprzedzał co robi i przeprowadził zabieg spokojnie.
Poczułam delikatny, ale wyraźny skurcz. Kolejny i kolejny. Spokojnie sobie je wydychałam. Uśmiechałam się do swoich myśli: „Czuję skurcze! W końcu.”
Spojrzałam na napis „Czekamy na Wiktorie” bez „ę”. Na plakat, który postawiłam na parapecie z cytatem „Wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia”. Były też inne, ale ten najbardziej mi odpowiadał. Leciało w tle „Despasito”, dostałam obiad, bujałam się na boki i czułam się dobrze.
Przyszedł mój mąż. Powoli skurcze robiły się coraz mocniejsze. Oddech niesamowicie mi pomagał i pozycja klęcząca. Również niesamowitą ulgą dawało mi wieszanie się na moim mężu, aby miednicę rozluźnić. Byłam już na planecie Poród. Kasia po jednym z mocniejszych skurczy powiedziała „Ładnie mruczysz, dobrze to robisz”. Niedługo potem przechodzimy na salę z wanną.
Zrobiło się wokół mnie nerwowo. Nie przejęłam się tym. Zanim weszłam do wanny klęknęłam wykrzykując skurcz. Kasia przyniosła również tutaj plakaty. Zadbała nawet o taki drobiazg. Woda się nalewała i nie wygodnie było mi leżeć na plecach. Klęczałam opierając się na wannie. Mąż był przy mnie, a wąchanie jego ręki było dla mnie najlepszym olejkiem, który łagodził ból.
Zaczął się hardcore. Na skurczu przeciągle krzyczałam i przypomniałam sobie fragment z Biblii: „Teraz niczym rodząca zakrzyknę”. Wow, krzyczę jak wojownik. Kasia mówi, abym kasnęła, tak jak ustalałyśmy to niecałe 2 godziny wcześniej. Woda jeszcze leci, nie zapełniła całkiem wanny. Moja położna mówi, abym niżej dała pupę. Główka dziecka musi mieć kontakt z wodą. Pytam czy mogę przeć, bo mnie napiera, nie mogę już dłużej wytrzymać. Możesz! Rozpiera mnie od środka i znów krzyczę jak wojownik. Jest główka! Myślę sobie: teraz będzie trochę łatwiej. Następny skurcz i po kilku sekundach rodzę moje dziecko do wody! Jesteś! Jesteś!! Dałyśmy radę! Przytulam miękkie ciałko córeczki = najpiękniejsze uczucie świata! Po spuszczeniu wody tak mi dobrze, tak chłodno. Teraz będzie już najłatwiej, wypchnąć łożysko. Robię to bez skurczy. Pierwszy raz w życiu przyglądam się mu i dotykam. I ja to taszczałam wszędzie ze sobą! To jest większe niż talerz obiadowy. Ktoś wykrzykuje: 3850 gram! Największe dziecko jakie urodziłam.
O Wiktorio, moja Wiktorio… sen stał się rzeczywistością.
Urodzenie Wiktorii – moje niedoskonałe Zwycięstwo

Czwarta ciąża i poród nauczył mnie odpuszczania. Tego, że nie wszystko musi być „po mojemu”. Nawet, gdy to „po mojemu” jest najlepsze, naturalne. Dałam z siebie wszystko. Więcej nie mogłam.
Może będą takie opinie, że nie zaufałam swojemu ciału i Bogu. Że nie czekałam do końca.
Wiara jest bardzo ważna tak samo jak rozum. Brałam pod uwagę również swoje zasoby, które wisiały na włosku. Sprowadzanie porodu tylko do nastawienia psychicznego zdejmuje odpowiedzialność z biologii i kładzie poczucie winy na rodzącej, jeśli pójdzie coś nie zgodnie z planem. Nie taki kieruje przekaz swoim kursantkom i nie robię tego sobie. Nie zmuszałam się do czegoś ponad siły tylko po to, aby sprostać czyimś wyobrażeniom o idealnym porodzie. Miałam głównie na względzie dobro dziecka i moje. I cieszę się, że moje blizny wytrzymały.
I zaczynam coraz lepiej rozumieć Słowo:
„«Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa.”
Nawet wtedy, gdy ciało milczy, gdy plan się rozsypuje, gdy serce jest zmęczone czekaniem – On mnie nie zostawił. Z Bogiem mogę krzyczeć, walczyć, płakać. Wystarczy Mu moja wiara. Nie muszę być herosem. Ten poród był drogą przez bezsilność, zgodę, łzy i odpuszczenie kontroli. Był momentem, w którym ja sama potrzebowałam pomocy i skorzystałam z niej.
Stałam się jak jedna z Was, która potrzebuje wsparcia, umocnienia. Cieszę się, że miałam możliwość przetestować swój własny kurs na sobie. Nie przypuszczałam, że kurs „Wiara czyni Poród” był również dla mnie.
Chwała Panu!
